Pomóżmy Polakom powrócić do Ojczyzny
Repatrianci.pl
Pomóżmy Polakom powrócić do Ojczyzny
Repatrianci.pl

Moja Wojenna Tułaczka - Część I

Moja wojenna tułaczka

Gdańsk Oliwa
1989


Do opisania swojej wojennej tułaczki zabieram się dnia 10 lutego 1989  roku. Jest to 49 rocznica deportacji Polaków z Kresów Wschodnich do ZSRR.

 

Urodziłam się w Stanisławowie dnia 15 grudnia 1909 r. jako córka Józefa i Barbary Hnat. Nazwisko dziadka było Hnatowski, ale gdy wracał z Syberii urzędnik carski skrócił nazwisko odrzucając polską końcówkę. W latach 1920 — 1923 mieszkałam w Wadowicach. Z zawodu jestem nauczycielką. Po ukończeniu Seminarium Nauczycielskiego w Czortkowie w 1929 r. wyjechałam na Wileńszczyznę, gdzie pracowałam na wsi w Polanach, gmina Wiszniew, pow. Wilejski. W 1936 r. wyszłam za mąż za Karola Wenckiewicza, właściciela majątku ziemskiego Zosin w gm. Budsław. Mąż mój był inżynierem-leśnikiem i pracował w prywatnych lasach Zygmunta Oskierki w Budsławiu.

Gdy w 1939 r. wybuchła II wojna światowa mieszkaliśmy w majątku “Zosin” wraz z matką męża oraz dwojgiem maleńkich dzieci. Dom nasz był blisko wschodniej granicy ze Związkiem Radzieckim — w prostej linii dzieliło nas zaledwie kilka kilometrów. Do dnia 17 września byliśmy spokojni, gdyż nikt z nas nie spodziewał się napaści z tej strony. Tymczasem w nocy z dn. 16 IX na 17 IX 1939 r. posłyszeliśmy strzały na granicy, gdzie znajdowała się strażnica KOP-u. To polscy żołnierze stawili opór zbliżającym się wojskom radzieckim. Ogarnął nas niepokój, zrozumieliśmy bowiem, że za 2 — 3 godziny napastnicy będą u nas. Tak się też stało. Obawiając się z nimi spotkania, opuściliśmy natychmiast dom udając się do pobliskiej gajówki w lesie. Zabraliśmy trochę potrzebnych rzeczy oraz żywności. Uciekliśmy prawie już w ostatniej chwili. Z gajówki zobaczyliśmy przez lornetkę oddział żołnierzy zbliżający się do naszego majątku.

Helena Wenckiewicz

Oczywiście pytali o nas i szukali, oznajmiając pozostałej służbie, że oni nikomu krzywdy nie wyrządzają, tylko idą po to, żeby nas obronić przed "Germańcem". Ile było prawdy w tych słowach, przekonaliśmy się w krótkim czasie na własnej skórze. Początkowo rzeczywiście nie strzelano do nikogo, nawet ostrzegano, aby nikt nie ważył się rabować i własnych robić porachunków. Wkrótce jednak ci sami "obrońcy przed Germańcem" zaczęli aresztowania, rewizje w domach rodzin wojskowych, pracowników Gminy i innych. Byliśmy zdezorientowani, o kogo im właściwie chodzi? Nauczycielom kazano uczyć w szkołach, kupcom otworzyć sklepy, poczta pracowała normalnie.

Pewnego dnia wezwano mojego męża do „sielsowietu" wraz z dokumentami w celu wykonywania dalszej pracy jako nadleśniczy. Mój mąż uczynił jak mu kazano. Zabrał wszystkie swoje papiery i pojechał do tego „sielsowietu". Przyjechał jednak za wcześnie, kiedy nie było jeszcze urzędowania. Czekał więc cierpliwie, aż się rozpocznie, gdy nagle zjawił się znajomy żydek z miasteczka, który w największym sekrecie ostrzegł mojego męża aby czym prędzej uciekał, bo to wezwanie to tylko pułapka na tych, których mają aresztować. Wielu już tak schwytano i wywieziono do więzienia w Wilejce. Mąż mój, nie czekając ani chwili udał się do p. Kuczyńskiego, który dał mu zaraz kilkaset rubli, jedną zmianę bielizny oraz trochę żywności na drogę radząc natychmiast uciekać do Wilna. Tego dnia odchodził ostatni pociąg, odtąd bowiem Wilno przechodziło pod panowanie Litwy. W drodze do stacji udało się mężowi wręczyć kartkę wyrwaną z notesu spotkanemu na drodze znajomemu drogomistrzowi. Na tej kartce w krótkich słowach mąż powiadomił mnie o swoim planie ucieczki do Wilna, żegnając jednocześnie mnie, matkę i dzieci. Po wielu trudach podróży udało mu się szczęśliwie uciec przed aresztowaniem. Jak się potem okazało, było to nasze rozstanie na długich 8 lat. W Wilnie znalazł tymczasowe schronienie u krewnych.

Ja, po powrocie ze szkoły do domu, nie zdawałam sobie sprawy ze swego losu, czułam tylko, że grunt usuwa mi się spod nóg, a jakiś ogromny ciężar spada na mnie. Odtąd byłam zdana na własne siły i odpowiedzialna za losy matki męża i dzieci.. Oczywiście tego dnia jeszcze wieczorem wpadł do mnie "predsiedaciel" z awanturą, dlaczego mąż nie zjawił się na wezwanie do "sielsowietu"? Tłumacząc i powołując się na świadków, oświadczyłam mu, że pojechał, ale sama nie wiem co się z nim stało.

Wysiedlenie z majątku

W kilka tygodni potem przybyła do „Zosina" komisja, która mi oznajmiła, że od dnia l grudnia mam opuścić majątek, który przechodzi odtąd pod zarząd władzy radzieckiej, a ja mam prawo zabrać z domu jedynie rzeczy i meble znajdujące się wewnątrz domu oraz jedną krowę, drób i worek zboża na chleb. Mieszkać mogę gdzie chcę. Wobec tego, że w najbliższej okolicy nie było innego mieszkania jak tylko w jednej izbie u chłopa, przyjęli mnie państwo Sokołowscy w Osiedlu Osadników Wojskowych w Szymkowszczyźnie, gdzie wówczas uczyłam w szkole im. Marszałka J. Piłsudskiego. Państwo Sokołowscy ofiarowali mi dwa pokoje i kuchnię oraz pomieszczenie dla krowy i drobiu. Dom ich był stary i zimny, ale dali mi swój opał. Ledwo zmieściłam meble, z trudem ulokowałam matkę męża i niańkę z dziećmi w większym pokoju, sama lokując się w mniejszym.

Niania opiekowała się dziećmi i gotowała, gdy ja szłam do szkoły. Nauka trwała od godziny 7-ej rano do 16-tej po południu. Dzieci trzeba było uczyć tylko w języku białoruskim, którego ja nie umiałam. Z dnia na dzień życie stawało się coraz większym koszmarem. Matka męża zapadała na zdrowiu, niania z trudem mogła podołać pracy w domu i dopatrzyć dzieci. Byłam bardzo zmęczona i przygnębiona tym wszystkim.

Zima była sroga, mróz 30 — 40 stopni, śniegu pełno. Do miasteczka nie było komu pojechać aby coś kupić. Tak zbliżały się Święta Bożego Narodzenia. Obie z teściową postanowiłyśmy nie urządzać Wigilii ani Świąt, nie było z czego ani dla kogo. Ale na Nowy Rok przyszli nasi dawni parobcy złożyć nam życzenia. To nas ucieszyło i rozrzewniło, bo było dowodem, że oni również nie czują się dobrze i nie są szczęśliwi pod nową władzą. Wszyscy mieliśmy łzy w oczach, życząc sobie nawzajem powrotu do tego czasu, który tak niedawno jeszcze przeżywaliśmy wspólnie.  

Nikt jeszcze wówczas nie przeczuwał, że najgorsze dopiero przed nami.

Kliknij tutaj, aby przejść do części II

 

 


Komentarze

Zobacz (0)

Dodaj swój komentarz: