Pomóżmy Polakom powrócić do Ojczyzny
Repatrianci.pl
Pomóżmy Polakom powrócić do Ojczyzny
Repatrianci.pl

Moja Wojenna Tułaczka - Część II

Moja Wojenna Tułaczka

Część II - Na kursie w Wilejce

Powrót do części pierwszej

 

Na cały miesiąc styczeń 1940 roku zostałam wezwana na kurs języka białoruskiego i rosyjskiego do Wilejki. Teściową z dziećmi pozostawiłam na opiece niani i pojechałam. Nie mogłam nie pojechać. Raz tylko w ciągu miesiąca poprosiłam o dwa dni urlopu, aby wpaść do domu i zobaczyć co się tam dzieje. W Wilejce mieszkaliśmy w szkole, spaliśmy na podłodze bez żadnej pościeli, toteż wkrótce każdy starał się prywatnie o kąt u znajomych. Czasem dano nam po kawałku mydła lub trochę cukru, dla palących była machorka. Kurs skończył się, o ile pamiętam, z końcem stycznia i z dniem 1-ego czy 2-ego lutego wróciłam do domu. Zaczęła się znowu praca w szkole. Nie trwało to długo, bo oto zbliżał się 10 luty 1940 roku.

Deportacja do ZSRR

Tego dnia wróciłam ze szkoły jak zwykle o godz.16-tej., bardzo zmęczona i głodna. W dodatku zaczęłam odczuwać jakiś lęk, przeczucie nowego nieszczęścia. Drżałam tak bardzo, że nie mogłam się opanować. Około godziny 22-ej położyłam się spać, ale sen nie przychodził. Maleństwa moje spały spokojnie, niania zmęczona też usnęła. Ponieważ ciągle były silne mrozy, psy ulokowałam na noc w kuchni, żeby nie pomarzły na dworze. Budy nie miały. Od czasu do czasu drzwi i okiennice skrzypiały.
Zdawało mi się, że zaczynam już zasypiać gdy nagle zawarczały psy i usłyszałam czyjeś kroki zbliżające się do domu. Ktoś zaczął walić w deski okiennic. Psy się zerwały warcząc i ujadając. Wówczas usłyszałam wołanie: „odpiraj, a to budziem strelać!" Niania pierwsza dopadła do drzwi by otworzyć, ja zapaliłam lampę naftową. Ręce mi się trzęsły ze strachu. Zdawało się, że stado szatanów wtargnęło do domu. Ich wygląd, wrzaski, ujadanie psów, wszystko razem czyniło coś na kształt piekła na ziemi. Któryś krzyknął „ruki w wierch i pod scienku". Wszystkie trzy stanęłyśmy posłusznie przy ścianie jak nam kazano. Dzieci w swoich łóżeczkach spały dalej smacznie, nie przeczuwając, że za chwilę będą i one wygnane z ciepłej pościeli na trzaskający mróz.
Stałyśmy więc pod ścianą, a nieproszeni „goście" zaczęli w domu rewizję szukając broni, radia, złota, dokumentów i Bóg wie czego jeszcze. Przewracali wszystko, na kupę na podłodze rzucając co tylko wpadło im w ręce. Po paru godzinach kazano nam się ubrać, spakować trochę rzeczy i żywności, bo pojedziemy w daleką drogę. Trzeba też ciepło się ubrać bo zimno. Z tego przeżycia i nerwów dostałam rozstroju żołądka i biegunki, potrzebowałam wyjścia, wówczas jeden z „aniołów stróżów" poszedł ze mną, widocznie bojąc się abym nie uciekła i stał cały czas przy drzwiach ubikacji... Nie było to dla mnie przyjemne. Po powrocie do mieszkania zaczęłam bardzo płakać i prosić, aby nam pozwolono pozostać, wówczas mi powiedziano, że do więzienia nas nie zabierają, lecz tylko przesiedlają w inną „obłaść". Nie wiedziałam dobrze co to znaczy, ale zrozumiałam, że żadna moja prośba nie pomoże.
Zbudziłam więc dzieci, aby je ciepło ubrać. Zaczęły płakać chcąc dalej spać. Z trudem udało mi się zapakować trochę rzeczy. Oczywiście nie robiłam tego przytomnie, wszystko było zwalone na kupę, trudno było coś znaleźć. Z żywności pozwolono mi wziąć trochę kiełbasy, niania znalazła w woreczku trochę ryżu, zabrała jeden kubek i łyżkę.

W końcu rondelek ze smalcem włożyła do worka z ubraniem, obie zapomniałyśmy o chlebie. Na usilną prośbę pozwolono jej wydoić krowę aby zabrać trochę mleka dla dzieci. Zdaje mi się, że to było już wszystko. Teściowa ubrała się jakoś sama, była może bardziej spokojna i przytomna od nas, bo zdążyła niepostrzeżenie zabrać swoją biżuterię, pieniądze i trochę lekarstw. Na nią mniejszą zwracali uwagę niż na mnie.
Z mieszkania wyprowadzono nas pod konwojem jak złoczyńców czy zbrodniarzy do stojących przed domem sań i ruszono w drogę do stacji kolejowej Budsław, oddalonej od Szymkowszczyzny kilkanaście kilometrów. Noc była pogodna, świecił księżyc, droga wyślizgana, mróz 40 stopni. W taką to noc opuszczałam te strony, do których już nigdy nie miałam powrócić.

Na stacji stały towarowe wagony przeznaczone dla nas. Okna były zabite deskami. Wewnątrz stały prycze, szron na ścianach, a pośrodku stał maleńki żelazny piecyk i parę wiader miału węglowego, którym mięliśmy ogrzać wagon w czasie jazdy. Wówczas domyśliłam się, że pojedziemy na Syberię, jak kiedyś wywożono naszych rodaków i skazańców. Tylko wówczas wywożono w kibitkach, teraz do tego celu miały służyć towarowe wagony.
Podczas ostatniego sprawdzania obecności skazanych okazało się, że nasza niania nie jest uwzględniona w spisie, jako nie należąca do rodziny. Kazano więc jej opuścić wagon i udać się dokąd chce. Ponieważ rzeczy nasze były częściowo zapakowane razem, trudno je było teraz rozsegregować, tym bardziej, że znajdowały się w innym wagonie. Niania prosiła, aby pozwolono jej jechać z nami, ale nikt jej prośby nie słuchał i bezapelacyjnie wyrzucono ją z wagonu. Z płaczem rozstawałyśmy się, by już nigdy w życiu nie zobaczyć Buła w naszej rodzinie kilkanaście lat.

Gdy już załadowano wszystkich wagony zostały zamknięte i wewnątrz zapanowała ciemność, choć na dworze był dzień. Miałam małą naftową lampkę, którą zaświeciłam i wówczas okazało się, Ze w wagonie jest pełno, bo ponad 40 osób, z których jedni płakali głośno, inni się modlili, jeszcze inni byli półprzytomni i nie zdawali sobie sprawy z tego co się z nimi dzieje. Byli to przeważnie gajowi z rodzinami.
Niektórych znałam, bo pracowali wraz z moim mężem w lasach p. Zygmunta Oskierki w Budsławiu. Byli też państwo Sokołowscy z Szymkowszczyzny, którzy mnie przygarnęli po wysiedleniu z Zosina, oraz kilka rodzin osadników wojskowych. Ktoś miał siekierę i odbił jedną deskę z okienka, wówczas ujrzeliśmy na rampie stojących sporo osób, którzy przyszli pożegnać wywożonych krewnych lub znajomych. Długo jednak nie można było trzymać odkrytego okienka z powodu zimna.
Trzymano nas na stacji przeszło dobę, wreszcie pociąg niespodziewanie targnął i lampka moja spadła z gwoździa rozbijając się na podłodze. Zapanowały znów ciemności, dzieci zaczęły płakać, dorośli również, ale pociąg już jechał początkowo powoli, potem coraz szybciej. Dokąd nas wieziono - nikt nie wiedział. Byliśmy zmarznięci, głodni, spłakani i bezradni. Co gorsza nie mogliśmy pojąć, za co nas ten okrutny los spotykał? W wagonie, mimo dymiącego piecyka było tak zimno, ze nie mogliśmy się rozebrać. My mieliśmy miejsce na pryczy przy samym okienku. Przez szparę między deskami spróbowałam zobaczyć okolicę, była beznadziejnie monotonna, bezkresna równina pokryta śniegiem. Nigdzie śladu ludzkiego życia.

Najbardziej odczuwaliśmy brak możliwości załatwiania się. Wprawdzie ja miałam w torbie mały nocniczek dla dzieci, więc pożyczano go ode mnie dla innych dzieci, ale dorośli? Jak i do czego mieli się załatwiać, tak na oczach wszystkich? Wreszcie ktoś zauważył, że tuż nad podłogą znajduje się otwór, a przy nim z dwóch małych desek coś jakby rynienka. Domyśleliśmy się, że to jest specjalne „urządzenie" do wiadomego celu.
Po trzech dniach, w szczerym polu, w dzień, zatrzymano pociąg, otwarto drzwi wszystkich wagonów każąc nam wysiąść w celu załatwienia koniecznej potrzeby, ale nie wolno było oddalać się od transportu. Tak na oczach wszystkich i wszyscy razem — dzieci przy dorosłych, mężczyźni przy kobietach...
Cały czas stali nad nami konwojenci z karabinami gotowymi do strzału. Jak wówczas czuliśmy się, komentarz chyba zbyteczny. Po kilkunastu minutach kazano wsiadać do wagonów, które znów zamknięto, lokomotywa gwizdnęła żałośnie i pociąg ruszył w bezkresną dal przeznaczenia.

Gdy się znów zatrzymał na jakiejś stacji, wrzucono nam do wagonu worek ze zmarzniętym chlebem. Widocznie obawiano się, żebyśmy nie poginęli z głodu. A więc byliśmy potrzebni. Ale moje dzieci jeść tego chleba nie mogły. Natomiast przypomniałam sobie, że mam trochę ryżu, może kilogram, może trochę więcej. Ale w wagonie nie było wody od początku podróży. Ktoś mi poradził, aby przez okienko nabrać śniegu do kubka, przetopić go na piecyku i w tej śniegowej wodzie ugotować ryż dla dzieci.
Okienko było jednak zbyt wysoko, a śnieg leżał zbyt nisko. Ale i na to znalazła się rada. Mężczyźni pożyczyli kilka pasków od spodni, złączyli je razem i wówczas już nabrali śniegu do umocowanego kubka. Czynność tę trzeba było powtórzyć kilka razy, aby mieć odpowiednią ilość wody. Do wrzątku dolewałam trochę mleka zabranego z domu i w ten sposób żywiłam dzieci przez kilka dni. Gorzej było gdy skończył się ryż. Mleka również już nie było. Wówczas na jakiejś większej stacji wniesiono do wagonu dwa wiadra zupy jaglanej zaprawionej olejem. Była gorąca, starczyło dla każdego, ile kto chciał. Dzieciom również dałam. Jadły chętnie, bo już nic innego nie było.

Obserwując co pewien czas okolicę przez szparę w okienku zauważyliśmy zmianę krajobrazu. Oto czasem pojawiali się ludzie, ale tak nędznie odziani, obrośnięci, w łachmanach i łapciach. Byli więcej podobni do jakichś wilkołaków niż do zwykłych ludzi. Trudno było rozpoznać ich rasę. Cały czas jechaliśmy na wschód, potem na południowy wschód, okrążając Moskwę. Czasem przejeżdżaliśmy przez miasta. Zapamiętałam takie nazwy jak: Riazań, Penza, Ufa, Kujbyszew, wreszcie Swierdłowsk i Rewda. Tu kończyła się jazda pociągiem i tu wreszcie kazano nam wysiąść.

Dalsza podróż samochodami

Był już koniec lutego rok 1940 roku. Gdy na stacji w Rewdzie otwarto wagony, pierwsze co dano nam — to kilka wiader świeżej, czystej i bardzo zimnej wody. Rzuciliśmy się do niej z czym kto miał. Ale z osłabienia i zmęczenia poruszaliśmy się z takim trudem, nogi były zdrętwiałe, słabe. Moja teściowa piła tę wodę spragniona, nie zważając że jej to może zaszkodzić, toteż po paru godzinach dostała boleści żołądka i silnej biegunki. Żadne leki, które miała ze sobą nie pomagały.

Tymczasem kazano nam wysiąść i siadać na ciężarowe samochody. Były one odkryte, bez żadnego zabezpieczenia przed zimnem. Wprawdzie pogoda była słoneczna, ale mróz przekraczał 40 stopni. Tymi to samochodami przywieziono nas do miejscowości Marynińsk. Myśleliśmy, że to już koniec podróży, domki wyglądały schludnie, okolica ładna. Tymczasem to była tylko przerwa na odpoczynek, bo istotnie mogliśmy zamarznąć. W domkach było ciepło, ale nie były one dla nas przeznaczone. Nas zaprowadzono do jednego dużego budynku, gdzie była tylko gorąca woda do rozgrzewki. Wśród ludzi szukałam znajomych, wśród których rozpoznałam: Sokołowskich, Kędziorków, Zarzyckich, Majewskich, Hardowiczów. Oczekiwaliśmy ciepłej zupy i chleba, byliśmy bardzo głodni, ale niestety. Prócz tego „kipiatoku" nic więcej nie dostaliśmy. Zapasy zabrane z domu dawno się skończyły.

Moja teściowa czując się bardzo źle, prosiła naszych konwojentów, aby ją ulokowano w szpitalu, ale zawieziona do Ośrodka Zdrowia dostała tylko jakiś zastrzyk uśmierzający, który nie na długo jej pomógł. Gdy już zapadała noc, znowu załadowano nas na te same samochody i wieziono dalej. Cały czas jechaliśmy przez duże, gęste lasy. Do końca było jeszcze 100 km. Jechaliśmy i jechaliśmy. Zdawało się nam, że ta koszmarna podróż trwać będzie aż do śmierci. Noc była straszliwie mroźna. Konwojenci również pomarzli, więc zatrzymali się w lesie, rozniecili ogień, by w manierkach czy wiaderkach zagotować trochę „kipiatoku" dla eozgrzewki.
Nam tego nie było wolno, więc byliśmy półprzytomni z zimna. Straciliśmy już zupełnie rachubę czasu, gdy nagle znów zatrzymano wszystkie samochody. Okazało się, że zabrakło benzyny i dalej trzeba iść pieszo albo czekać, aż przywiozą benzynę. Do miejsca przeznaczenia było podobno 10km. Mogliśmy zamarznąć. Dorośli i mocniejsi w nogach ruszyli na piechotę. Dzieci zwalono na jeden samochód, w którym było trochę benzyny — aby je dowieźć na miejsce. Moje dzieci również wrzucono razem z innymi, ale że zapłakały bardzo, więc mnie pozwolono jeszcze wsiąść i samochód ruszył.

Moja teściowa była już prawie nieprzytomna z bólu żołądka i osłabienia, musiała pozostać w szoferce jednego samochodu. Zaczynało świtać, gdy ujrzałam światła wśród lasu. Były to baraki przeznaczone dla nas, posiołek, który nazywał się „Lesnoje Uprawlenie Sumsa". Baraki były ogrzane, gorąca woda dla rozgrzewki stała na płycie kuchennej w wiadrach. Były też żelazne łóżka z deskami, ale bez sienników. Z trudem doniosłam swoje maleństwa na rękach od samochodu do jednego z baraków. Ułożyłam je na tych deskach i pierwszy raz od wyjazdu z domu mogłam z nich zdjąć wierzchnie ubranie.

Gdy zapytałam kogoś z miejscowych gdzie jesteśmy, odpowiedziano mi, że na Uralu.

Kliknij tutaj, aby przejść do części III

 

 


Komentarze

Zobacz (0)

Dodaj swój komentarz: