Pomóżmy Polakom powrócić do Ojczyzny
Repatrianci.pl
Pomóżmy Polakom powrócić do Ojczyzny
Repatrianci.pl

Moja Wojenna Tułaczka - Część III

Moja Wojenna Tułaczka

Część III - Początki życia na Uralu

Powrót do części drugiej

 

Był już dzień 1 marca 1940 r. Nasza makabryczna podróż trwała 3 tygodnie. O chłodzie i głodzie dojechaliśmy do miejsca przeznaczenia żywi. Przetrwaliśmy tylko dzięki temu, że od czasu do czasu dano nam chleb i parę wiader ciepłej jaglanej zupy. Teraz już trzeba było z czegoś żyć, trzeba iść do pracy.

Śmierć mojej teściowej

Gdy się już rozjaśniło na dworze przyjechały pozostałe w lesie samochody z resztą ludzi, z którymi przywieziono też moją teściową. Gdy pobiegłam po nią leżała nieprzytomna na śniegu nie mogąc iść o własnych siłach. Ktoś mi pomógł podnieść ją i przydźwigać do baraku, gdzie ułożona na łóżku i napojona ciepłą wodą odzyskała przytomność, ale się już nie podniosła.

Zmarła 3 marca 1940 r. prosząc przed śmiercią, aby ją pochowano na poświęconej ziemi. Czyż mogłam to uczynić? Byliśmy przecież na Uralu w ZSRR, gdzie nie słyszano o Bogu. Utarła się nazwa, że to „nieludzka ziemia". Wokoło lasy prawie bezludne, tajga uralsko-syberyjska. Po kilku dniach pochowałam teściową w sosnowej trumnie w lesie, gdzie wyznaczono nam miejsce na cmentarz dla tych, którzy tam życie zakończą.
Była to już druga polska mogiła. Na wiosnę gdy stopniały śniegi posadziłam na niej polną różę, którą znalazłam już rozkwitłą. Rozrosła się pięknie, wydzielając cudowny zapach. Zasuszoną małą gałązkę posłałam w liście do Warszawy, do cioci Cesi, rodzonej siostry mojej Ś.P. teściowej. List doszedł do rąk adresatki, za co była mi bardzo wdzięczna.

Nowe zmartwienie

Na drugi dzień po pogrzebie mojej teściowej zachorowała moja młodsza córeczka — Jola. Miała wówczas 11 miesięcy. Dostała wysokiej temperatury i kaszlu. Leżała rozpalona płacząc cichutko. Ogarnęła mnie rozpacz. Co robić? Lekarza nie było, sama domyśliłam się, że to silne przeziębienie.
Siedziałam nad dzieckiem pojąc je ciepłym mlekiem, które kupiłam u starej Sybiraczki w pobliżu naszych baraków. Już się ściemniało, gdy przybiegła córka Kędziorków — Jadzia (była w Szymkowszczyźnie moją uczennicą) z wiadomością, że na posiołek przyjechał doktór i chodzi po barakach. Poprosiłam aby go przyprowadziła do Joli. Wkrótce przyszedł, pokazałam mu chore dziecko, a on mi oznajmił, że przyjechał kupić sobie zegarek u Polaków, a nie badać chorych. Usłyszawszy to zmartwiłam się bardzo. Zaproponowałam mu, że dam zegarek za darmo, aby tylko zbadał dziecko. Uczynił to zaraz, ale nie miał ze sobą słuchawki, jedynie uchem rozpoznał zapalenie płuc. Należało natychmiast zawieźć dziecko do szpitala.
Gdy udałam się do naczelnika o zezwolenie, odmówił kategorycznie. Dopomógł mi w tym jednak lekarz, który zmusił naczelnika, że zmienił swoje zdanie, ale nie dał mi żadnego środka lokomocji do miejscowości gdzie był szpital, było to 20 km drogi. Tu znów przyszedł mi z pomocą lekarz, zabierając Jolę, mnie oraz drugą córeczkę, Halinkę, dwuletnią. Szybko ubrałam dzieci. Lekarz wziął jedno dziecko na kolana, ja drugie, furman usadowił się na koźle i tak pojechaliśmy do szpitala. Koń ledwie nas dowiózł do tego Poleskoje, był zmęczony i głodny, droga nie była łatwa. Dobrnęliśmy na miejsce o 2 w nocy. W szpitalu, mimo późnej pory, lekarze zaraz zajęli się dziećmi. Drugie też już było przeziębione i chore. Postawiono im bańki, dano odpowiednie leki i ułożono je spać na jednym łóżku. Ja spędziłam noc na krześle. Byłam jednak szczęśliwa, że dzieci zostały uratowane. Lekarzowi dałam złoty zegarek, za który on mi sam zapłacił 500 rubli. Ze szpitala wróciłam jeszcze sańmi, bo śniegu było pełno.

Tymczasem na Posiołku ludzie już chodzili do pracy, rąbiąc las, by zarobić na życie. W małym sklepiku można było kupić chleb, który sprzedawano po l kg na osobę. Czarny chleb kosztował 90 kop., szary 1,5 rubla, a biały po 2 ruble za kilogram. Czasami przywożono krupy owsiane. Była też woda kolońska i mydło toaletowe. U wspomnianej wcześniej sybiraczki kupowałam czasem mleko dla dzieci po 5 rubli litr.
Nie mając z kim zostawić dzieci nie chodziłam do pracy. Ale pewnego dnia przyszedł do baraku naczelnik, radząc mi iść też do roboty, bo wkrótce dla niepracujących nie będzie chleba w sklepie. Zostawiłam więc dzieci pod opieką Jadzi Kędziorek, płacąc jej po rublu dziennie, a sama poszłam do pracy. Dano mi tępą piłę i takąż siekierę i wraz z brygadą innych kobiet poszłam do lasu. Czasem szło się 5km, czasem 8 km, czasem więcej, oczywiście pod opieką konwojenta zwanego „dziesiatnikiem". Dobiegał koniec kwietnia, roztopy były ogromne i wracało się i lasu z wodą w butach, bo nawet kalosze nie pomagały. Cały dzień pracy przy wyrębie drzewa, stojąc w mokrym śniegu lub w wodzie, nabawiłam się silnego reumatyzmu, dzięki któremu dziś, na starość, jestem kaleką, inwalidą I grupy. A szło się do tej pracy o chlebie i wodzie.

Zarobek i praca

Nasza brygada nie była dobra, nie miałyśmy sił do tej pracy o chlebie i wodzie. Pracowało się cały dzień piłując pnie sosen, świerków i brzóz, które trzeba było oczyścić z gałęzi, gruby pień popiłować na metrowe polana, ustawić je w metry sześcienne. Za 1 taki metr płacono nam 2 ruble. Po 10-ciu dniach, gdy przyszłam po wypłatę, nie tylko nic nie zarobiłam, lecz musiałam jeszcze dopłacić za kwaterę, za światło, opał, za „banię", „kipiatok", za ubikację, za kulturalne, za dochód. Ciekawe, nie było nas cały dzień w domu, bo pracowało się w lesie, nie było też czasu na korzystanie z tych „udogodnień", ale trzeba było za nie zapłacić. Aby więc kupić chleba czy czasem mleka dla dzieci, co pewien czas musiałam coś z przywiezionych rzeczy sprzedawać. Nabywcy byli zawsze na wszystko.

Byliśmy wygłodzeni, zmęczeni pracą ponad nasze siły i załamani. Ale z nadejściem wiosny zaczęła zielenić się trawa, pojawiła się pokrzywa, dziki czosnek lub dzika marchew. Co tylko dało się jeść, ludzie zbierali i jedli. W maju zaczęły przychodzić pierwsze paczki z żywnością z Polski. Był to ratunek dla wielu rodzin, ale ja długo nic nie otrzymywałam, nie miałam od kogo. Paczki przysyłano tylko z Białorusi, a ja tam nikogo nie miałam. Mąż był w Wilnie, to teraz była już Litwa. Krewni nie wiedzieli gdzie jestem bo nie pisałam do nich. Ale pewnego dnia niespodziewanie otrzymałam paczkę, od kogo? Od p. Stanisławy Silhanowicz z Budsławia. Cudem jakimś dowiedziała się od znajomych o moim adresie i pierwsza pospieszyła z pomocą. Była kierownikiem szkoły w Budsławiu, osobą samotną.
Nie wiem jakim cudem zdobyła trochę żywności i przysłała. Był to dla mnie szok. Odtąd otrzymywałam od niej co pewien czas paczkę lub czasem pieniądze, które również były bardzo potrzebne. Każdą jej pomoc oblewałam łzami wdzięczności. Do dziś otrzymujemy ze sobą kontakty, mieszka w Zabrzu, ma już 86 lat. Dopóki żyć będę, nie zapomnę o niej, bo to naprawdę było wielkie serce. Niech Matka Boska zapłaci jej za to sercem. Był to prawdziwy ratunek dla moich małych dzieci. Po pewnym czasie przesyłał mi paczki mój mąż, a również proboszcz z Budsławia, ks. Stanisław Żuk — już dziś nie żyjący. Potem pomogła mi moja siostra i ktoś ze znajomych, ale bezimiennie. Raz dostałam pieniądze od mojego kochanego brata Julka. Już nie czułam się zapomniana i opuszczona.

Gdy nastało mi lato posłano nas na sianokosy. Początkowo tylko grabiłam, co nie było takie ciężkie jak praca „lesoruba", ale z koszeniem było znacznie gorzej, bo nigdy w życiu nie miałam w rękach kosy. Po pewnym czasie opanowałam i tę sztukę, ale kosy były tępe, nie umiałam ostrzyć ani klepać, męczyłam się i mało zarabiałam. Wciąż musiałam sprzedawać, aby dzieci nie były głodne. Gdy przychodziło do wypłaty, najbezczelniej nas oszukiwano. Musiałam ciągle liczyć na pomoc z Kraju. Praca była ponad nasze siły, toteż byliśmy nią zmęczeni, ubranie się darło, ale żyliśmy wszyscy zgodnie pomagając sobie wzajemnie. Często pomagali mi gajowi, bo byłam kiedyś żoną leśnika, ich przełożonego, którego dobrze wspominali.
Przy spotkaniu w pracy całowali mnie w rękę, co ogromnie dziwiło naczelnika czy komendanta NKWD a także konwojenta, który prowadził nas na robotę. Gdy minęło lato znów pracowaliśmy w lesie przygotowując i gromadząc drzewo nad rzeką, aby je na wiosnę spławić do Rewdy, gdzie była główna dyrekcja. Z Rewdy szło drzewo w świat. Na spław musieli iść wszyscy. Kobietom kazano długimi drągami odpychać brewiona i polana od brzegu na środek rzeki. Ciężka to była praca dla kobiet. Po tym spławie rozchorowałam się ciężko na anginę, dostałam wrzody w gardle i trzeba było mnie odwieźć na operację do szpitala.. Dzieci pozostawiłam pod opieką Jadzi i jej rodziców.

Znowu szpital — Dusia Kułagin

Operacja była konieczna, to też dokonano jej natychmiast, gdyż już dusiłam się i bardzo cierpiałam. Leżałam w szpitalu dwa tygodnie i dość szybko wracałam do zdrowia. W tym czasie poznałam Dusię Kaługin, Rosjankę, z którą zaprzyjaźniłam się. Łóżka nasze stały obok siebie. Mogłyśmy z sobą dużo rozmawiać przyciszonymi głosami by nie przeszkadzać innym chorym. Dusia pytała o życie w Polsce, o naszą podróż na Ural i warunki pracy.
Interesowała się wszystkim. Opowiadałam jej szczerze. Nie lękałam się, że doniesie. Miałam do niej zaufanie. Często dzieliła się ze mną tym co jej z domu przynieśli. Nie kryła się przede mną, że jest komunistką, jej mąż również. Zapytałam ją raz czy wierzy w Boga. Odpowiedziała szczerze, że często myśli o tej jakiejś Sile, która rządzi Światem, ale o Bogu niewiele może powiedzieć. W domu ma ikonę, przed którą pali olejną lampkę. Żyła zapewne uczciwie i moralnie, była dobrą kobietą, miała serce. Ufałam jej. Gdy po 2 tygodniach opuszczałam szpital, rzekła mi na pożegnanie — „Jeśli będziesz kiedyś mogła opuścić Posiołek, przyjdź do mnie, pomogę ci.".

Dała mi swój adres.

Kliknij tutaj, aby przejść do części IV

 

 


Komentarze

Zobacz (1)

Dodaj swój komentarz:

~ Sybirak
2019-12-30 20:56
W sowieckim łagrze już u progu swojego życia doznałem dożywotniej utraty zdrowia w wielu jego wymiarach. Z tego powodu przedwcześnie przeszedłem na rentę chorobową. A jednak gdy złożyłem wniosek o zadośćuczynienie za odebrane zdrowie to od tamtej pory mam przeciwko sobie wiele konstytucyjnych organów państwa włącznie z Rzecznikiem Praw 0bywatelskich. Bo rzekomo są to tylko i wyłącznie moje subiektywne odczucia????!!