Pomóżmy Polakom powrócić do Ojczyzny
Repatrianci.pl
Pomóżmy Polakom powrócić do Ojczyzny
Repatrianci.pl

Moja Wojenna Tułaczka - Część IV

Moja Wojenna Tułaczka

Część IV - Epidemia na Posiołku

Powrót do części trzeciej

 

Epidemia na Posiołku

W lecie zaczęli ludzie bardzo chorować na tyfus brzuszny, zaczęli umierać. Powstała panika. Na cmentarzu przybywało coraz więcej grobów. Nie było lekarza tylko felczer nie mający pojęcia o leczeniu chorych: gdy tylko ktoś gorączkował, dawał aspirynę, która osłabiała serce i chory umierał. Pewnego dnia zachorowała moja starsza córeczka Halinka. Dziecko miało ponad 40 stopni temperatury — majaczyło. Znając już metodę leczenia felczera, nie dopuściłam go do chorej. Siedziałam przy niej dzień i noc. Poiłam tylko przygotowaną wodę z dodatkiem miodu, który miałam z domu. To gasiło pragnienie, wzmacniało serce. Do pracy nie poszłam.
Chorych zaczęto wozić do szpitala na oddział zakaźny. Było tak, że tym samym wozem odwożono chorych, a z powrotem przywożono trupy, by pochować na cmentarzu. Dziecka nie dałam wywieźć do szpitala, doglądając jak umiałam, a przede wszystkim modliłam się gorąco o jej zdrowie. Po miesiącu Halinka zaczęła wracać do zdrowia, choć pod koniec choroby dostała wrzody na brzuszku i na plecach. Nie mogła leżeć, więc stosowałam jej ciepłą kąpiel i powoli wrzody zaczęły znikać. Nie znam przyczyn powstawania ich, jak też ich zniknięcia.

W kilka dni po wyzdrowieniu Halinki i ja dostałam tyfusu brzusznego i położyłam dobre do łóżka. Chwilami nie wiedziałam gdzie jestem, ból głowy, wysoka gorączka, osłabienie. Przyszedł felczer doradzając mi pójść do szpitala. Nic było dla mnie innego wyjścia, zgodziłam się. Znajomi obiecali zaopiekować się dziećmi. Rzeczy, pieniądze i trochę żywności oddałam do ich dyspozycji dla dzieci.

Był już wrzesień, liście na drzewach zaczęły żółknąć, z czego jeszcze zdawałam sobie sprawę gdy mnie odwożono. Po długiej i męczącej drodze znalazłam się znowu w Poleskoje, ale z braku miejsca na żeńskiej sali, musiałam początkowo leżeć razem z mężczyznami, było mi już wszystko jedno bo straciłam już świadomość. Prawie wszyscy mężczyźni byli też nieprzytomni. Nie pamiętam kiedy znalazłam się na sali wśród kobiet.
Po miesiącu leżenia wywiązało się zapalenie płuc, gdyż leżałam bez ruchu. Pamiętam tylko, że ciągle kłuto mnie zastrzykami, które prawdopodobnie uratowały mnie. Gdy odzyskałam przytomność, chciałam do męża napisać list, ale poczułam się źle, zdawało mi się, ze umieram. Pomyślałam o moich dzieciach, co się z nimi stanie gdy mnie nie będzie? Bijąc się w piersi prosiłam Boga o ratunek dla mnie i dla nich. Dano mi jakiś zastrzyk i masaż serca, po chwili poczułam się lepiej. Był to chyba kryzys w mojej chorobie. Leżałam jeszcze bardzo długo. Dopiero przed Bożym Narodzeniem z bezwładem nóg odesłano mnie do na Posiołek.
Byłam bardzo chuda, dzieci mnie nie poznały. Do baraku sama wejść nie mogłam. Wniesiono mnie na rękach i pozostawiono swojemu losowi. Każdy miał swoje sprawy i zmartwienia. Nie miałam pieniędzy na chleb, nie mogłam dać sobie rady, siedziałam na stołku i płakałam. Po paru dniach Jola i Halinka dostały odry, stan ich był bardzo ciężki. Całe szczęście, że ja już byłam przy nich. Ktoś mi pożyczył 100 rubli, nie pamiętam już kto to był. Przychodziła też sąsiadka, pani Myszkinis, pomagała mi trochę w miarę swoich sił.
Pewnego dnia zajrzał do mnie lekarz, który był teraz na miejscu dawnego felczera. Zbadał mnie i obiecał „postawić na nogi". Zaczął mi stosować jakieś zastrzyki, ale musiałam na nie przychodzić do ambulatorium, więc wożono mnie na saniach. I tak, dzięki pomocy dobrych ludzi, po 30 zastrzykach nogi moje powoli zaczęły chodzić, ale o pójściu do pracy nie było mowy. Dzieci szczęśliwie przeszły odrę, a od męża otrzymałam paczkę i pieniądze. Zbliżała się wiosna. Początkowo pracowałam na Posiołku przy zrzucaniu śniegu z dachów, wyrzucaniu nawozu ze stajni lub z chlewów baranich. Rąbałam też tzw. czurkę używaną do samochodów. Praca na miejscu była gorzej płatna więc znów zaczęłam chodzić do lasu palić gałęzie, oelyszczać poręby leśne lub obdzierać z kory pnie. Potem zaczęły się sianokosy jak w poprzednim roku.

Wojna niemiecko — radziecka

Tymczasem na świecie zaszły poważne zmiany w polityce, o których wiadomość dotarła także do nas, choć zdawało się, że świat o nas zapomniał. Napad Niemców na Związek Radziecki był niespodziewany. Wstąpiła w nas nadzieja zmiany w naszym życiu — powiem to szczerze — cieszyliśmy się. Ale też szybko odczuliśmy bardzo dotkliwie bo ustała wszelka łączność z krajem. Nie dostawaliśmy już paczek ani listów. W sklepiku można było kupić już tylko 800 gramów chleba na pracującego, 600 gram na niepracującego. Wkrótce to jeszcze się zmniejszyło — 600 gram na pracującego, a 400 gram dla dzieci i niepracujących.
Zaczął się formalnie głód. Co gorsza, miliony pluskiew tak nam dokuczały w barakach, że nie można było spać. W lesie były jagody i grzyby, ale kto miał czas je zbierać? Wychodziło się o wschodzie słońca do pracy, a wracało do domu o zmroku. Wymagano od nas wyrobienia normy, a my słanialiśmy się na nogach z głodu. Byliśmy podobni do kościotrupów. Rzecz już nie sprzedawałam, lecz starałam się je zamieniać na żywność, gdy tylko nadarzyła się okazja.
Jedliśmy dziką marchew, pokrzywę, dziki czosnek.

Kliknij tutaj, aby przejść do części V

 

 


Komentarze