Pomóżmy Polakom powrócić do Ojczyzny
Repatrianci.pl
Pomóżmy Polakom powrócić do Ojczyzny
Repatrianci.pl

Moja Wojenna Tułaczka- Część V

Moja Wojenna Tułaczka

Część V - Radosna nowina

Powrót do części czwartej

 

Radosna nowina

Pewnego dnia, w sierpniu 1941 r., po powrocie z pracy, zauważyłam na Posiołku jakiś niezwykły ruch. Ktoś podbiegł do mnie z rozradowaną twarzą oznajmiając, że przyjechała specjalna Komisja, która daje nam wolność. Wszyscy mamy iść zaraz do kantoru po zwolnienie. Uszom swoim nie wierzyłam, gdy to usłyszałam. Coś podobnego nie mieściło mi się w głowie. Ledwie dopadłam do baraku by zobaczyć dzieci i przełknąć choć kawałek chleba. Umyłam ręce i natychmiast poszłam do kantoru, gdzie ujrzałam Komisję składającą się z kilku mężczyzn siedzących za stołem.
Zwrócili się do mnie niezwykle uprzejmie pytając o nazwisko i oznajmiając, że otrzymaliśmy wolność na mocy umowy podpisanej między Generałem Sikorskim, a Stalinem. Odtąd już jesteśmy sprzymierzeńcami we wspólnej walce z Niemcami. Wydano mi t.zw. „udostowierenie" zezwalające na swobodne poruszanie się po ZSRR, za wyjątkiem miast I i II kategorii. Otrzymałam również „pośmiertlny" dodatek za zmarłą teściową. Była to śmieszna suma, ale i to się przydało.

Po kilku dniach było ogólne zebranie wszystkich mieszkańców Posiołka, na którym uroczyście oznajmiono, że jesteśmy sprzymierzeńcami i przyjaciółmi. Wznoszono okrzyki na cześć Sikorskiego i Stalina, na cześć Polski i Związku Radzieckiego. Na zakończenie odśpiewaliśmy polski hymn „Jeszcze Polska nie zginęłą" i „Międzynarodówkę".
Dowiedzieliśmy się jeszcze, że wszyscy zostaną Polacy zostaną wypuszczeni z więzień i łagrów, by wstępowali do Polskiej Armii, która będzie się tworzyć na południu ZSRR, będzie walczyć wraz z Armią Czerwoną ze wspólnym wrogiem. Cieszyliśmy się bardzo, choć nic jeszcze nie mogło poprawić naszego ciężkiego życia, ale atmosfera była już inna i inny był stosunek Rosjan do nas.
Dawniej mówiono nam, że żadnej Polski nie było i nigdy już nie będzie. Teraz znalazła się Polska. Dawniej mówiono, że do ZSRR przywieziono nas na zawsze, teraz — że wrócimy do Polski. Żyć nadal było ciężko. Zarabialiśmy mało. W sklepiku oprócz ograniczonej normy chleba nic nie było można dostać.
Pewnego dnia, wraz z kilkoma osobami, wybrałam się do Poleskoje - może tam uda się kupić coś z żywności, ale okazało się, że i tam nic nie ma. Kupiłam tylko dużą lalkę za 25 rubli, żeby chociaż tą zabawką zrobić dzieciom przyjemność. W drodze powrotnej, już za miastem, nabyłam u pewnej kobiety dużego koguta za 20 rubli. Moje towarzystwo było oburzone tą moją „lekkomyślnością", jak to nazywały, ale ja byłam zadowolona, że kogut starczy na kilka dni na pożywną zupę dla wygłodzonych dzieci.

Nawiązanie kontaktu z Dusią Kaługiną

Ciągle myślałam jak wyrwać się z Posiołka, dokąd się udać?
Przypomniałam sobie swoją znajomość z Dusią i postanowiłam pójść do niej po radę i pomoc. Wszak miałam „udosłowierenie" uprawniające do zmiany miejsca pobytu. Do pracy tylko o chlebie i wodzie już nie miałam siły chodzić, dzieci pomizerniały, były smutne. Wprawdzie zorganizowano na Posiołku „sadzik" dla najmłodszych, ale personel stanowiły tylko Rosjanki, których nie rozumiały. Cały dzień tęskniły za Jadzią, za spokojem. Żal mi ich było bardzo, bo widmo głodu stanęło przed oczyma.

Wczesnym rankiem pewnego dnia sama jedna wybrałam się do Poleskoje. Nie bardzo pamiętam drogę — 20km przez góry, poszłam i oczywiście zabłądziłam. Długo nie mogłam nikogo spotkać, aby zapytać o drogę. W końcu zobaczyłam jakiegoś dziada, ale ten zaśmiał się nieprzyjemnym głosem, złapał mnie za rękę i chciał powalić na ziemię. Wyrwałam się jednak i pędem zaczęłam uciekać dopóki nie opadłam z sił. Już wiedziałam, że jestem na zupełnie błędnej drodze. Było już dobrze po południu, gdy spotkałam dwoje ludzi, Tatara i Tatarkę, którzy zapytani o Poleskoje nie bardzo umieli mi wytłumaczyć, a ja nie rozumiałam ich języka.

Dopiero gdy wymówili słowo "Ziuziułki" domyśliłam się, że to nazwa miejscowości oddalonej od Poleskoje o 10km. z przeciwnej zupełnie strony. Poszłam więc dalej. Słońce już chyliło się ku zachodowi, gdy doszłam do Ziuziułek, a stamtąd napotkanym na drodze autobusem dostałam się do Poleskoje. Dusia przyjęła mnie bardzo serdecznie, nakarmiła kaszą jaglaną, obiecała załatwić furmankę na umówiony dzień, abym jak najprędzej przyjechała do niej wraz z dziećmi i rzeczami.
Przenocowałam, odpoczęłam i na drugi dzień poszłam do domu. Zdawało mi się, że tym razem idę już dobrze, ale i tym razem znów zmyliłam drogę. Już zrobiło się ciemno, a ja nie wiedziałam gdzie się znajduję. Zaczęłam płakać bezradnie i głośno, modliłam się do Boga, aby pozwolił mi trafić do moich dzieci. Upadałam ze zmęczenia i znowu szłam, czując się samotna, bezradna i opuszczona, gdy ujrzałam małe światełko. Co za radość ogarnęła mnie wówczas, bo już zorientowałam się, że to światło w którymś baraku na Posiołku. Doszłam nad brzeg rzeki, potem przez most. Byłam ocalona. Zapukałam do okna p. Kędziorkowej, która zabrała moje dzieci do siebie, spały u niej. Nie budząc ich, poszłam do swojego baraku odpocząć. Byłam straszliwie zmęczona i głodna, ale już wiedziałam co dalej czynić i gdzie się udać.

Rozliczenie i zwolnienie się z pracy

Postanowiłam jak najprędzej zwolnić się z pracy i poszłam do kantoru. Przyjęto mnie bardzo niegrzecznie, choć nie mieli prawa odmówić mojej prośbie. Po rozliczeniu należało mi się ponad 200 rubli za pracę przy sianokosach. Cieszyłam się, że nie będę bez grosza, ale radość moja była krótka. Kazano mi iść po te pieniądze do głównej kasy do Rewdy — 100 km pieszo. Tłumaczyli się brakiem pieniędzy w swojej kasie. Była to po prostu zemsta, że opuszczam Posiołek, przez co zmniejszy się liczba rąk do pracy. Tak postąpili ze mną przyjaciele, których poznaje się w biedzie. Oczywiście zrezygnowałam z tych pieniędzy — to był mój „dar" dla ZSRR. Jakby było jeszcze za mało. Niech i tak będzie — pomyślałam sobie, wytrzymam i to.

Gdy przyjechała po nas furmanka, tego dnia lał okropny deszcz od samego rana. Nie żegnając się z nikim, bo prawie wszyscy byli w pracy, około południa opuściłam Posiołek wraz z dziećmi na zawsze, a ulewa zmywała nasze ślady. Dzieci i rzeczy ulokowałam na wozie przykrywając starą nieprzemakalną peleryną, a sama poszłam pieszo.
Koń ciągnął wóz z trudem, bo droga prowadziła pod górę. Nie obejrzałam się poza siebie, aby jak najprędzej stracić z oczu miejsce naszego zesłania.

Kliknij tutaj, aby przejść do części VI

 

 


Komentarze

Zobacz (0)

Dodaj swój komentarz: