Pomóżmy Polakom powrócić do Ojczyzny
Repatrianci.pl
Pomóżmy Polakom powrócić do Ojczyzny
Repatrianci.pl

Moja Wojenna Tułaczka - Część VI

Moja Wojenna Tułaczka

Część VI - Krótki pobyt i praca w Poleskoje

Powrót do części piątej

 

Krótki pobyt i praca w Poleskoje

Na nowe miejsce pobytu przyjechaliśmy około godziny 23, zmęczone i przemoczone do nitki. Dusia była już o nas niespokojna. Szybko przygotowała nam posłanie na podłodze w kuchni, w pokoju spała jej rodzina: mąż, córka, babcia i Dusia. Dzieci były zmęczone, nawet nic jeść nie chciały. Ja sama ledwie żyłam, ale mimo to długo nie mogłam zasnąć.

Rano Dusia zaproponowała mi pracę w stołówce, w której ona była kierowniczką. Chciała abym była kasjerką, ale nie zgodziłam się, bojąc się odpowiedzialności za kasę; wolałam pracę fizyczną - ale nie było innej tylko karmienie prosiąt. Zgodziłam się, choć nigdy w życiu tego nic robiłam. Dziewczynki moje zostały ulokowane w „dziet-sadzie", a mieszkać miałyśmy u jednej Rosjanki, której mąż był na wojnie. Ona miała swoich troje dzieci. Tak więc zaczęłyśmy nowe życie w nowym miejscu. Miałam byt zapewniony, wyżywienie i dach nad głową.
Gorzej było z prosiakami, które były pod moją opieką. Nie była to praca ciężka, ale nie bardzo było czym je karmić, jedynie resztkami ze stołówki. Musiałam też wyrzucać gnój z chlewa, a z pobliskiego tartaku przynosić trociny na podściółkę. W tym nowym miejscu, mimo wielkiej serdeczności Dusi nie czułam się dobrze. Dzieci w przedszkolu również często płakały, zwłaszcza starsza Halinka wolała zostawać w domu niż iść do „sadzika".
Brakowało nam języka polskiego. Mijał wrzesień, zaczynał padać śnieg, zima tam wcześniej się zaczęła. Pewnego dnia przyszła do mnie p. Sokołowska z Posiołku z gajowym Zarzyckim. Oznajmili mi że są wydelegowani przez naszych Polaków z Posiołka, aby pojechać na południe Związku Radzieckiego dowiedzieć się o organizowaniu Polskiej Armii, do której każdy może jechać, kto tylko chce. Wstąpili do mnie z tą wieścią. Dałam im na podróż kilkadziesiąt rubli. Dusia nakarmiła ich, zaopatrzyła w żywność i pojechali. W drodze powrotnej mieli znów do mnie wstąpić. Po upływie dwóch tygodni ujrzałam ich ponownie, byli bardzo zmęczeni i zmizerowani zdając sprawę z tego, czego się dowiedzieli.

Istotnie, zaczęła się już organizować Armia Polska w Taszkencie, następnie powołano sztab w Buzułuku. Tam spieszyli z różnych stron swego zesłania Polacy. Ja również zdecydowałam się tam jechać, nie zdając sobie jednak sprawy, że mam dwoje małych jeszcze dzieci, wierzyłam, że wśród swoich nie zginę. Mimo perswazji Dusi i jej zapewnień, że ona mnie nie opuści dopóki wojna się nie skończy, postanowiłam jechać jak najprędzej. Zebrałam trochę pieniędzy za sprzedane rzeczy, spakowałam resztę tobołków i wyruszyłam w nową podróż, tym razem sama z dziećmi, ale już bez żadnej eskorty.

 

Nowa podróż

Pojechałam, nie zdając sobie sprawy na co narażam życie swoje i swoich dzieci. Był już koniec października, był mróz i padał śnieg. Na stacji prawie nie było ludzi, pociągi też nie jechały. Czułam się bardzo osamotniona, gdy nagle stanęły przede mną dwie osoby znajome z Posiołka, panna Fela z matką (nie pamiętam ich nazwiska). Płacząc prosiły mnie abym pozwoliła im przyłączyć się do mnie, bo cała ich rodzina wsiadła do pociągu, a one nie zdążyły i pociąg ruszył. Zostały same, bez rzeczy i bez pieniędzy. Obiecały swoją pomoc we wspólnej podróży, z czego się ogromnie ucieszyłam. Cały dzień czekałyśmy na pociąg, gdyż, ze względu na bombardowania przez Niemców, ruch kolejowy ożywiał się dopiero gdy było ciemno. Dołączył się jeszcze do nas niejaki Józio Podkówka, tak więc zrobiło mi się raźniej na duszy — miał on już pewne doświadczenia w podróżowaniu, a że kasa ciągle była zamknięta, postanowiliśmy jechać bez biletów. Gdy nadjechał pociąg trzeba było szybko wsiadać, był przepełniony, ledwie znalazłam miejsce już ruszył dalej.

Jechaliśmy całą noc. Gdy zaczęło się rozwidniać pociąg zatrzymał się na dużej stacji — Czelabińsk Kolejarze kazali wszystkim opuścić wagony, gdyż dalej nie jechał. Wypędzono wszystkich przed dworzec i zamknięto wszystkie wejścia. Dzień był bardzo mroźny i padał gęsty śnieg. Mnóstwo ludzi śpieszyło się w różne strony tylko ja z moimi dziećmi nie wiedziałam co robić i dokąd iść. Panna Fela z matką gdzieś się ulotniły, Podkówka zniknął. Dzieci płakały chcąc spać. Było im zimno więc położyłam je na walizkach przykrytych kocem, a na dzieci położyłam pelerynę. Wkrótce usnęły, a padający śnieg jak biała pierzynka padał na nie. Ja stałam obok przy jakimś drzewku i bezmyślnie patrzyłam przed siebie. Nie wiem ile upłynęło czasu, gdy nagle wśród tego tłumu zobaczyłam śpieszącego żołnierza w polskim mundurze. Podbiegłam chcąc go zatrzymać i prosić o pomoc, ale szybko się wyrwał coś niegrzecznie mówiąc i poszedł dalej. Wróciłam na swoje miejsce i zaczęłam płakać bezradnie. Pierwszy raz w życiu przyszło mi na myśl pójść na tory, rzucić się pod pociąg wraz z dziećmi i ... zginąć.

Po chwili poczułam, że ktoś dotyka mego ramienia, obejrzałam się i zobaczyłam nieznajomego mężczyznę dość porządnie ubranego z plecakiem na plecach. Odezwał się do mnie: „Od pewnego czasu obserwuję panią i dzieci, widziałem też scenę z owym polskim żołnierzem. Dokąd pani chce jechać? Jestem z Wilna, nazywam się Niemczyk, jadę do Polskiego Wojska na południe, prowadzę transport ludzi, mogę panią zabrać z nami".

Jeszcze dziś, gdy wspomnę to zdarzenie, zdaje mi się, że to był cud. Byliśmy ocaleni. Transport prowadzony przez p.Niemczyka miał wsiąść do po południu do podstawionych wagonów na bocznym peronie. Skądś zjawiła się p. Fela z matką i Józio Podkówka. Zabrano nas razem. Gorzej było z przejściem przez bramę na perony strzeżone przez żołnierzy radzieckich, ale w tłoku jakoś się udało. Gdy znalazłam się w ciepłym wagonie wprowadzono do naszego przedziału rannego oficera radzieckiego, prosząc mnie o opiekę nad nim w czasie podróży. Jechał z frontu do Czekałowa do żony. Miał walizeczkę z żywnością na drogę. Ucieszył go widok dzieci, które widać lubił. Na większych stacjach zabierano go do ambulatorium by zmienić opatrunek i wracał znów do nas. Częstował moje dzieci cukrem, białym chlebem i cukierkami.
W końcu podróży zaproponował, abym mu dała Jolę, gdyż będzie mi lżej żyć z jednym dzieckiem, a on z żoną są bezdzietni. Oczywiście odmówiłam kategorycznie choć kilka razy ponawiał swoją prośbę.

Kliknij tutaj, aby przejść do części VII

 

 


Komentarze

Zobacz (2)

Dodaj swój komentarz:

~ Alina
Miesiąc temu
Czytam z zapartym tchem.Czekam na kolejna czesc.Dobrze by bylo aby byla wersja angielsko jezyczna.Aby na swiecie mogli poczytac o wyzwolenczej armii radzieckiej i systemie jaki stworzyli.Ja wielokrotnie spotkalam sie z opowiesciami zeslanych na Sybir.W moim miescie jest Zwiazek Sybirakow i wlasnie ich pamietniki czytalam.
~ Zenon
2020-01-23 21:35
Niesamowite