Pomóżmy Polakom powrócić do Ojczyzny
Repatrianci.pl
Pomóżmy Polakom powrócić do Ojczyzny
Repatrianci.pl

Moja Wojenna Tułaczka - Część VII

Moja Wojenna Tułaczka

Część VII - Postój w Czkałowie

Powrót do części szóstej

 

Postój w Czkałowie

Gdy po kilku dniach przyjechaliśmy do Czkałowa, oficer radziecki wysiadł przy pomocy sanitariuszy, którzy już byli uprzedzeni o jego przyjeździe Nam też kazano wysiąść, by wszystkich, jako transport do armii, zaprowadzić na śniadanie do kolejowej stołówki. Pamiętam, że dostaliśmy makaron z wątrobianką. Każdy jadł ile chciał, resztę można było zabrać na dalszą drogę. Nabrałam więc ile się zmieściło do rondla na dalszą drogę dla dzieci. Jak się potem okazało, nigdzie już nie dostaliśmy żadnego jedzenia, a droga przed nami była jeszcze bardzo daleka.

Następny pociąg miał być podstawiony dopiero wieczorem. Staliśmy cały dzień na peronie. Pogoda była słoneczna, ale mroźna. Pod wieczór jeszcze zwiększył się mróz więc zmarzliśmy, a pociągu nie podstawiano. Bałam się o dzieci. Poczekalnie były zajęte przez żołnierzy radzieckich jadących do swojej armii. Z trudem udało mi się wcisnąć do jednej poczekalni, gdzie spali pokotem leżący żołnierze. Był okropny zaduch, ale było ciepło. Rzecz zostawiłam na peronie, pilnowała je p.Fela. Dopiero rano podstawiono wagony dla nas.
Ponieważ ludzi przybyło. było bardzo ciasno. Niektórzy jechali w ubikacji, pod ławkami, na półkach, a nawet na dachach — byle tylko jechać do tego upragnionego Wojska Polskiego. To nic, że było chłodno i głodno. Nie pamiętam ile dni trwała ta podróż. Wreszcie dojechaliśmy do Taszkientu, który powitał nas ciepłem, słońcem i białym chlebem, a przede wszystkim nadzieją bliskiego końca. Trzeba było zrzucić część ciepłej odzieży i butów, bo w dzień było po prostu gorąco.

W Taszkiencie dowiedzieliśmy się od pana Niemczyka, który dotąd prowadził nasz transport, że dalej nie pojedziemy, gdyż jest tak wielki napływ ludności do armii, że nie ma warunków, aby nas przyjąć. On sam odłączył się od as, postanawiając na własną rękę dostać się do Buzułuku. Natomiast my mieliśmy jechać do kołchozów pracować przy uprawie bawełny. Innego wyjścia 'e było. Wobec tego zaczęto nas rozwozić. Najpierw na barżach połączonych ze sobą i ciągniętych przez statek po rzece Amu-Darii przewieziono nas do przystani w Kipczaku. Nie pamiętam ile dni trwała ta podróż, ale właściwie była o istna makabra — przepełnienie i ciasnota bez żywności, bez wody do picia.
Dzieci zaczęły chorować na odrę, która w tych warunkach była śmiertelna. Na szczęście moje dzieci miały już tę chorobę za sobą gdyż przebyły ją na Uralu. Trupki dziecięce chowano co kilka dni w piasku na brzegach rzeki, kiedy statek zatrzymywał się. Trudno opisać te dantejskie sceny, gdyż matki musiały rozstać się ze zmarłymi dziećmi, które chowano bez trumien, bez księdza. Wreszcie, gdy dopłynęliśmy do Kipczaku, zaczęto nas rozwozić po kołchozach, gdzie dano nam krupy — dziugarę. Była to kasza podobna do hreczanej, nawet możliwa w smaku. Zakwaterowano nas grupkami w małych serajach po baranach, bez okien.
Tylko raz dostałam po 1 litrze mleka dla dzieci. Poza tym nic do jedzenia nie mieliśmy. Raz udało mi się zamienić futro teściowej za 5 kg mąki, którą żywiliśmy się przez kilka dni. Raz ukradłyśmy Uzbeczce kurę, z której ugotowałyśmy trochę rosołu. Dorośli chodzili do pracy przy bawełnie. Ja nie poszłam, bo nie miałam z kim zostawić dzieci. Ale po kilku dniach znów niespodzianka, bo oto kazali nam zabierać rzeczy na podstawioną arbę i jechać z powrotem do Kipczaku, a tam znów załadowano nas na barże i rzeką Amu-Darią, tylko w odwrotnym kierunku. Pytaliśmy dokąd jedziemy. Dowiedzieliśmy się, że będziemy w kołchozach bliżej Wojska i Polskich Władz.

Ta wiadomość ucieszyła nas. Zbliżał się grudzień, rzeka ścięła lodem i utrudniała posuwanie się do przodu. Znów jechaliśmy o głodzie i chłodzie wyczerpani do ostateczności. Dzieci płakały prosząc o jedzenie, więc karmiłam je opowiadaniem bajek. Sama ledwie trzymałam się na nogach. Wreszcie przybyliśmy do miejscowości Czurdżon, gdzie kazano nam wysiadać na brzeg. Byłam tak słaba, że o własnych siłach nie mogłam wyjść na pokład. Dano nam po kawałku chleba, a w pobliżu stały beczki z zupa rybną, która była tak pełna ości, że nie można było jej przełknąć.
Czy to była ludzka głupota, czy ubecka złośliwość - nie wiem. Biwakowaliśmy pod gołym niebem nad rzeką, od której w nocy wiało przeraźliwe zimno. Na drugi dzień znów otrzymaliśmy po kromce chleba i tak utrzymywano nas przy życiu. Po paru dniach w towarowych wagonach, otrzymując na drogę po kawałku chleba, dojechaliśmy do Kitabu. Stamtąd znów do różnych kołchozów. Do pracy nie chodziliśmy, ale można było coś sprzedać na bazarze i kupić ryż, rodzynki, czasem mięso - oczywiście jeżeli kto miał co sprzedać jeszcze. Chleba nie było, ale było można kupić lepioszki (placki). Nie pamiętam nazwy kołchozu, w którym byłam, ale kilkanaście kilometrów od Kitabu była miejscowość Szacheryziabz, gdzie znajdował się Sztab i Wojsko Polskie.

Pewnego dnia wybrałam się tam w nadziei, że coś sprzedam, aby kupić dzieciom trochę żywności na bazarze. Szczęście mi sprzyjało, gdyż spotkałam znajomego kapitana z Budsławia, który mnie poznał mimo bardzo zmienionej mojej powierzchowności. Oczywiście przyszedł mi zaraz z pomocą, dał mi pieniądze, cukier, herbatę itp. Poszliśmy razem do kasyna na obiad. Wypytywał o swoją rodzinę. Potem w prowianturze znów spotkałam kolegę z Wilejki, chcącego również wspomóc mnie. W ambulatorium dano mi butelkę tranu dla dzieci. Tak obładowana wróciłam do kołchozu. Tego dnia miałam czym dobrze nakarmić Jolę i Halinkę, sama również byłam syta.
Był już styczeń, ludzie cierpieli głód. W kołchozie ginęły psy, cielęta, kury — domyślałam się kto je kradnie. W kilka dni potem znów poszłam do Szacheryziabzu, tym razem do samego Sztabu, gdzie dowiedziałam się, że będzie wkrótce zorganizowany Sierociniec pod opieką Wojska.. Zaproponowano mi pracę kierowniczki, na którą z radością zgodziłam się. Otrzymałam też 200 rubli zapomogi. Już wiedziałam, że nie zginę z głodu. Organizacją sierocińca zajmował się ksiądz Tyczkowski. W bardzo krótkim czasie można było już przyjmować dzieci, był też personel, do magazynu żołnierze zwozili koce, naczynia, żywność itp. Sierociniec był ulokowany w miejscowej szkole w Kitabie. Jako swoją zastępczynię namówiłam panią Sawlewicz, z którą wówczas mieszkałam razem w jednej izdebce w kołchozie. Była też nauczycielką, miała dwie córeczki. Może po upływie tygodnia zamieszkałyśmy już razem w Sierocińcu w Kitabie. Ksiądz Tyczkowski odwiedzał nas bardzo często. Stale przywoził dzieci, a także różne artykuły żywnościowe. Byliśmy szczęśliwi pod jego opieką.

Znów choroba - tyfus plamisty

Po niedługim czasie poczułam, że zaczynam zapadać na zdrowiu, brak apetytu, ból głowy, osłabienie. W tym czasie szerzył się bardzo, tak w Wojsku tak i wśród ludności cywilnej -- tyfus plamisty. Bałam się nie tylko o siebie, ale i o dzieci. Zaczęłam gorączkować, nie mogłam wstawać. Ksiądz Tyczkowski jednego dnia przywiózł wojskowego lekarza, który po zbadaniu stwierdził u mnie tyfus plamisty. Musiałam natychmiast jechać do szpitala. Całe szczęście, dzieci miały już opiekę w sierocińcu.
Ulokowano mnie w wojskowym szpitalu w Szachrreziabzie, gdzie była jedna sala dla kobiet. W innych leżeli mężczyźni, prawie wszyscy z tyfusem plamistym. Ordynatorem był doktór Felkowski, kapelanem ks. Michał. Wilniewczyc, naczelną siostrą s. Ujejska. Opieka w szpitalu była bardzo dobra i serdeczna. Wszyscy byli oddani chorym mimo strasznych warunków. Nie pamiętam ile czasu leżałam, ale gdy zaczęłam zdawać sobie sprawę był już marzec. Powoli zaczęłam powracać do zdrowia, ale nogi moje były tak słabe, że nie mogłam ustać. Spostrzegłam pewnego dnia, że włosy mam obcięte „na pałę".
Co rano słyszeliśmy Mszę św. odprawianą na korytarzu przez ks. Wilniewczyca. Raz odwiedził mnie znajomy podoficer, od którego, w wielkiej tajemnicy, dowiedziałam się, że ma być transport cywilnej ludności do Iranu. Radził mi abym się starała dostać na ten sport. W kilka dni potem odwiedziła mnie koleżanka Sawlewicz oznajmiając, że wraz z tym transportem wyjedzie nasz Sierociniec. Nie wiedziała co zrobić z moimi dziećmi. Ja również nie mogłam nic zdecydować, wobec czego chciała je zostawić w kołchozie w Kitabie. Nie wiem co stałoby się nimi wówczas.
Na szczęście usłyszała te słowa przechodząca korytarzem Ujejska, która, widząc mnie bezradną, słaniającą się na nogach, kazała iść do łóżka, a pani Sawlewiczowej rozkazała ostro zabrać moje dzieci wraz z sierocińcem czyniąc ją tym samym odpowiedzialną za życie i bezpieczeństwo . Halinki i Joli. Były to dzieci nieletnie. Ogarnęła mnie rozpacz. Zaczęłam płakać prosząc dr. Falkowskiego, by mnie wypisał ze szpitala, żebym mogła jechać do Iranu razem z dziećmi. Ale doktór kategorycznie odmówił — byłam zaledwie po kryzysie. Płakałam całą noc aż do rana i wypłakałam litość — doktór zgodził się wypisać mnie ze szpitala, a siostra Ujejska oddając mnie pod opiekę sanitariuszki, poleciła jej odstawić mnie na dworzec w Kitabie. Po ogromnych trudnościach udało się jej dowieźć mnie, gdyż byłam bardzo osłabiona.

Kliknij tutaj, aby przejść do części VIII

 

 


Komentarze

Zobacz (0)

Dodaj swój komentarz: