Pomóżmy Polakom powrócić do Ojczyzny
Repatrianci.pl
Pomóżmy Polakom powrócić do Ojczyzny
Repatrianci.pl

Moja Wojenna Tułaczka - Część VIII

Moja Wojenna Tułaczka

Część VIII - Odjazd do Iranu

Powrót do części siódmej

 

Odjazd do Iranu

Już było całkiem ciemno, padał zimny deszcz ze śniegiem gdy dojechałam jakimś wojskowym furgonem po kocich łbach 5km. drogi do Kitabu. Na dworcu stał bardzo długi pociąg towarowy, a w różne strony biegali żołnierzy w polskich mundurach pomagając ładować ludzi i rzeczy. Prawie w ostatnich minutach zaniesiono mnie na rękach do wagonu, gdyż sama iść nie mogłam w ostatnim wagonie krzyk kol. Sawlewiczowej i płacz dzieci — był to wagon z moim Sierocińcem.
Ledwie wsiadłam, a odezwały się dźwięki wojskowej orkiestry "Jeszcze Polska nie zginęła". Płakaliśmy wszyscy, ale były to już łzy radości - pociąg ruszył. Jechaliśmy do Iranu. Pędził coraz szybciej. W wagonie było ciemno, zaczęłam szukać moich dzieci, potykałam się i upadałam. Wreszcie znalazłam je w kącie pod pryczami. Płakały rzewnie wołając: “Mamo, mamo ty nie umarłaś? Pani nam mówiła, że ty umarłaś".

Tuliły się do mnie, ja do nich. Były głodne, bo cały dzień nic nie jadły, choć chleba w Sierocińcu było pełno. Ksiądz Tyczkowski dobrze zaopatrywał Sierociniec. Dałam in sucharów, w które zaopatrzono mnie w szpitalu. Gryzły je łakomie, jak małe, głodne zwierzaki. Na górnej pryczy jechała p.Sawlewicz ze swoimi dziećmi. Może rzeczywiście przypuszczano, ze ja umrę? Ale Pan Bóg ulitował się nad nimi. Do Iranu jechaliśmy razem. Dojechaliśmy szczęśliwie.
Na statku z Krasnowodzka przez Morze Kaspijskie dopłynęliśmy do irańskiego portu Pahlawi, gdzie tłum Persów i Persjanek witał nas bardzo serdecznie obdarowując czym kto miał: plackami, bobem, jajkami, owocami. Po opuszczeniu statku ulokowaliśmy się wraz z Sierocińcem na rozesłanych na plaży kocach, rzeczy natomiast wyładowano w innym miejscu i trzeba było iść o nie dość daleko. Z trudem dobrnęłam po piasku w brezentowych butach osłabiona tyfusem. Wzięłam tylko małą walizeczkę z dokumentami i zdjęciami, resztę zostawiłam na los szczęścia. Gdy wróciłam do dzieci, okazało się, że moją Jolę zabrała jakaś Persjanka, uważając je za jedno z sierot, dziecko nie dawało sobie sprawy dokąd je zabierają. Na mój krzyk , jeden z żołnierzy cił się w pogoni za Persjarską, dogonił ją i odebrawszy małą przyniósł na miejsce. Wówczas postanowiłam już nie oddalać się od dzieci, wyrzekając się nawet resztek rzeczy, które mi jeszcze pozostały.
Później poznawałam swoje i leci ubrania, buciki na innych ludziach, którzy je rozgrabili i nosili bez żadnych skrupułów jak własne. Z nadmorskiej plaży przywieziono nas do Teheranu i zakwaterowano w dużych wojskowych blokach. Szosa do Teheranu była asfaltowa, wysadzana owocowymi drzewami, w dali było widać wysokie góry, na których szczytach bielił się śnieg. Pogoda była piękna, słoneczna. Dostałam się do obozu Nr. l. Karmiono nas przeważnie zupą ryżowa z mięsem. Dostawaliśmy też jaja, masło, placki oraz kawę zbożową i cukier. Kto miał pieniądze mógł kupić morele. Dużo ludzi cierpiało na biegunkę.
Nie wolno było chodzić z obozu bez przepustki. Na bramie stała warta. Mieliśmy zaraz opiekę lekarską. W pewnym oddaleniu od obozu stały namioty, w których był szpital dla chorych. Zaczęto rejestrację ludności, więc zgłosiłam się do pomocy, której chętnie skorzystano. I odtąd było by wszystko dobrze gdyby nie malaria. Moja Halinka •a pierwsza na sali dostała ataku malarii. Czegoś podobnego gdy nie widziałam. Zaczęło się od złego samopoczucia, potem ból głowy, silne dreszcze wstrząsające całym ciałem, wreszcie temperatura do 40o. W ciągu by gorączka spadała i następowało osłabienie całego organizmu. Leczono chininą.

Dnia 25 marca była pierwsza Msza św. Na dużym dziedzińcu odprawiona przez biskupa polowego Gawlinę. Był dzień Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny. Z ogromnym wzruszeniem dziękowaliśmy Panu Bogu za ocalenie. Odtąd co dnia rano odbywała się Msza św. odprawiana przez kapelanów, którzy przybyli wraz z nami z ZSRR.

 

Szkolnictwo

Pewnego dnia ogłoszono, że w naszym obozie będzie zorganizowana polska szkoła dla dzieci. Organizatorem jest p. inspektor P. Piałucha. Ucieszyłam się ogromnie, ponieważ był to mój pierwszy inspektor w Polsce, miły i sympatyczny pan. Gdy mu się przypomniałam, nie poznał mnie, byłam bardzo zmieniona, mizerna, z ostrzyżoną głową po tyfusie, ledwie trzymają, a się na nogach. Ale przypomniał sobie mnie i moją szkołę na Wileńszczyźnie Polanach i bardzo serdecznie powitał. Wnet zgłosiło się sporo dzieci i nauczycielek, ale nauka odbywała się pod gołym niebem na dziedzińcu. Dzieci siedziały na ziemi pod murem gdzie było trochę cienia, i to tylko w rannych godzinach.
Potem był już taki upał, że trzeba było przerywać zajęcia. Ja dostałam klasę chłopców, każdy w innym wieku, ale byli grzeczni i chętnie się uczyli. Ponieważ nie mogłam stać, a nie było na czym usiąść uczniowie postarali się dla mnie o próżną bańkę po nafcie, która napełniona wodą służyła mi za krzesło. Podręczników nie było, tylko zeszyty i ołówki, a litery i wyrazy pisałam kawałkiem gipsu na murze.. Pamiętam, że pierwszą piosenką, którą ich nauczyłam była: „Polska ziemia to nasz kraj". Tę pamiętałam dobrze, a chłopcom podobała się bardzo. W połowie czerwca wyjechałam do Afganistanu, gdzie stworzono lepsze warunki dla dzieci, był tam też lepszy klimat, zakwaterowanie w pałacach, dużo drzew i ogrodów. Mnie skierowano do sierocińca u SS.Szarytek, gdzie był piękny, nieduży kościółek, duże sypialnie, dzieci spały w łóżeczkach.
Kuchnie tam prowadziły siostry Francuzki. Stosunek ich do nas był bardzo serdeczny. Nauka odbywała się w pomieszczeniach pod dachem, były ławki i tablice. Uczyłam starsze dziewczynki. Kierowniczką. naszą była pani Otwinowska. Była jeszcze pani Kowalikowa, nauczycielka i dwie wychowawczynie: Hohenbergerowa i Zachoszczowa. Ponieważ siostry mówiły tylko po francusku , trzeba było koniecznie uczyć się ich języka - uczyły siostra Agnes i pani Irena Mikeladże, ich wychowanki. Każdego ranka przychodził ks. Tomasik odprawiać Mszę św.. On też przygotowywał dzieci do spowiedzi i Komunii św. Życie nasze było spokojne, toteż powoli wracaliśmy do równowagi.
Po roku były już w Isfahanie 22 sierocińce, oddzielnie dla dziewcząt i chłopców. Z Teheranu napływało coraz więcej dzieci, jako, że napływały znów transporty z ZSRR. W okresie Bożego Narodzenia urządziliśmy Jasełka, które wszystkim sprawiły dużo radości. Stosunek miejscowej ludności perskiej do nas był bardzo dobry, ale sierocińce były zawsze zamknięte dla nich. Chcieliśmy ustrzec nasze dzieci przed infekcją różnych chorób, które w tym gorącym klimacie się szerzyły np. ospa, różne choroby weneryczne itp.

Z powodu zachodzących zmian politycznych zaczęto organizować transporty dzieci i dorosłych do Afryki. Ja jeszcze pozostałam w Isfahanie do września 1944 r. W tym czasie uczęszczałam na kurs W.F. zorganizowany i prowadzony przez p. prof. Jana Krzewińskiego, który ukończyłam z wynikiem dobrym. liczyłam się też języka francuskiego i angielskiego. Dla dzieci wątłych i często zapadających na zdrowiu było w Isfahanie sanatorium, zwłaszcza dla chorych na malarię, prowadzone przez S. Aleksandrowicza. Stałą kuracjuszką była tam moja starsza córka — Halinka. Sanatorium to było dużym dobrodziejstwem tym bardziej, że było prowadzone bardzo troskliwie przez panią dr. Czochańska oraz siostrę Zofię Pantalejew.

Kliknij tutaj, aby przejść do części IX

 

 


Komentarze

Zobacz (0)

Dodaj swój komentarz: