Pomóżmy Polakom powrócić do Ojczyzny
Repatrianci.pl
Pomóżmy Polakom powrócić do Ojczyzny
Repatrianci.pl

Moja Wojenna Tułaczka - Część IX

Moja Wojenna Tułaczka

Część IX - Pierwsza wieść o transporcie do Nowej Zelandii

Powrót do części ósmej

 

Pierwsza wieść o transporcie do Nowej Zelandii

Pewnego dnia rozeszła się wieść, że będą jeszcze 2 transporty. Jeden do Libanu, a drugi do Nowej Zelandii. Poprosiłam o skierowanie mnie wraz z dziećmi na ten ostatni transport. Wyjazd miał nastąpić we wrześniu 1944 r. Skierowano tam 735 dzieci oraz 100 osób personelu, w skład którego m.in. wchodził ks. Michał Wilniewczyc jako kapelan i katecheta, oraz dr. Czochańska, dr. Dawidowska — dentysta, p.Skwarkowa kierowniczka, nauczycielki, wychowawczynie oraz kucharki itp.
Do Nowej Zelandii przybyliśmy 2 XI 1944 r. z różnymi oczywiście przygodami.

Podróż z Iranu do Nowej Zelandii

Z Iranu wyjechaliśmy dn. 24 lub 25 września 1944 r. samochodami z Isfahanu, a następnie z Ahwazu do Karaczi pociągiem, skąd po tygodniowej kwarantannie towarowym statkiem przez Zatokę Perską, w bardzo ciężkich warunkach, dosłownie na dnie pokładu, dojechaliśmy do Bombaju. Czekaliśmy cały dzień na załadowanie nas na wojenny okręt, którym po przekroczeniu równika, przez Ocean Indyjski, koło zachodnich wybrzeży Australii. Zatrzymaliśmy się na krótki postój w porcie Melbourne, a stamtąd już do Nowej Zelandii.
Na okręcie oprócz polskich dzieci i personelu jechało kilka tysięcy żołnierzy amerykańskich, australijskich i trochę Nowozelandczyków, którzy jechali na urlop. Statek był uzbrojony w działa przeciwlotnicze i konwojowany przez trzy kontrtorpedowce i jeden samolot. Podróż ta, szczególnie dla chłopców była niezwykle interesująca, ponieważ co dnia odbywały się ćwiczenia bojowe dla żołnierzy. Przed wejściem na statek pouczono nas jak mamy się zachowywać w razie niebezpieczeństwa, zaopatrzono w pasy ratunkowe i pouczono jak korzystać z łodzi ratunkowych. Wyżywienie było niezłe i wystarczające. Na każdym kroku opiekowali się nami żołnierze.

W Nowej Zelandii wysiedliśmy w porcie Wellington, który zarazem jest stolicą tego państwa. Dużo dzieci i dorosłych chorowało jeszcze na malarię, a także na chorobę morską. Po upływie 5 i pół tygodnia okręt nasz zawinął do portu, miasta dużego i bardzo ładnego. Już z dala ujrzeliśmy szczyty wulkanów, gejzery buchające w górę gorącą parą, piękną zieleń drzew i łąk na których wypasały się duże stada białych owiec i bydła. Chociaż to był początek listopada, w Nowej Zelandii była piękna, słoneczna wiosna. Tak więc w ciągu jednego roku przeżywaliśmy drugą wiosnę w życiu. Klimat podzwrotnikowy, ciepły, w miarę wilgotny, o dwóch porach roku: ciepłej i suchej oraz deszczowej i chłodnej. Uprzedzono nas, że będą częste trzęsienia ziemi. I tak było.

W Wellingtonie, w porcie, przywitał nas polski konsul p.Wodzicki z żoną, delegat Rządu Polskiego p. Śledziński oraz liczne delegacje nowozelandzkie. Czuliśmy się bardzo zmęczeni tak długą podróżą toteż z radością powitaliśmy nowy ląd, na którym mieliśmy dłużej pozostać. Trudno opisać słowami jak bardzo serdecznie witali nas Nowozelandczycy. Z Wellingtonu pojechaliśmy pociągiem do miasta Palmerston, a wszędzie po drodze obdarowywano nas kwiatami, słodyczami itp. Stałym miejscem zamieszkania była miejscowość Pahiatua, gdzie był przygotowany Obóz Polskich Dzieci, co w języku angielskim brzmiało: „Polish Children's Camp — Pahiatua".

Tak, był to obóz urządzony w barakach na wzór obozu wojskowego, ale uwzględniono w nim i dostosowano wszystko do wygodnego i higienicznego życia dla dzieci i dorosłych. Oddzielnie były baraki dla dziewcząt, oddzielnie dla chłopców, inne przeznaczone na szkołę, na salę gimnastyczną. Był szpitalik, świetlica, 3 kuchnie oraz oddzielny „staff' dla samotnych dorosłych. Dla rodzin i matek z małymi dziećmi przeznaczono domki jednorodzinne. Ku mojej ogromnej radości otrzymałam taki domek dla siebie i moich dziewczynek. Wszystkie te domki były jednakowe z zewnątrz i wewnątrz, toteż zdarzało się czasem, że ktoś pomylił się i wszedł do nie swojego domku, co wywoływało dużo wesołości. Były też boiska sportowe i plac zabaw dla najmłodszych. W oddzielnym baraku, tuż przy bramie było biuro. Obóz był ogrodzony drutami, ale nie kolczastymi. Taką siedzibę przygotowała nam Nowa Zelandia dla polskich tułaczy.

Czteroletnie życie w Nowej Zelandii

Kraj ten to dwie wyspy — północna i południowa ze stolicą Wellington, piękny, malowniczy, na południowy wschód od Australii, o ciepłym podzwrotnikowym klimacie. Tubylcy — ciemnoskórzy Maorysi, łagodni, na dość niskim poziomie kultury, żyją jak w rezerwacie, ale na prawach Anglików. Nowa Zelandia to kraj gejzerów, wulkanów oraz częstych trzęsień ziemi. Jak wspomniałam na początku przybyliśmy do Nowej Zelandii 2 listopada 1944 r.. Była wiosna, piękna, słoneczna, zielona. Zaraz po rozlokowaniu się w obozie rozpoczęły się zajęcia w szkole. Ja dostałam klasę chłopców.

Uczyłam języka polskiego, geografii, a przede wszystkim gimnastyki. Uzupełniłam ten przedmiot dzięki p. Robertsonowi, który dał mi dużo praktyki w tej dziedzinie. Oprócz Szkoły męskiej była też oddzielnie Szkoła Żeńska oraz gimnazjum, którego dyrektorką była p. Zięciakowa. Wyżywienie mieliśmy regularne, dobre i wystarczające. Komendantem całego obozu był oficer angielski, major Finnej, który bardzo lubił nasze dzieci. Ciągle chodził po całym obozie zaglądając w każdy kąt.
Na wakacje, które wypadały w styczniu, dużo dzieci młodszych i starszych zostało zaproszone do rodzin nowozelandzkich, oczywiście bezpłatnie. Z osób dorosłych również kto chciał mógł wyjechać na takie wakacje. Ja skorzystałam z zaproszenia do miejscowości Mouriway, położonej nad Oceanem Spokojnym, gdzie spędziłam 3 tygodnie z Jolą. Druga córka była w Flastings z inną dziewczynką.
Każdy z takich wakacji wrócił wypoczęty, zdrowy i zadowolony. Czas upływał nam przyjemnie. Dzieci dorastały Mając się młodzieżą. Trzeba było więc pomyśleć o dalszym wykształceniem, ewentualnie o przygotowaniu do jakiegoś zawodu. Zdolniejsi poszli do szkół średnich, gdzie językiem codziennym stawał się język angielski.. Toteż od samego naszego przyjazdu do Nowej Zelandii wszyscy uczyliśmy się tego języka. Dzieci bardzo szybko opanowały go, szybciej niż dorośli.

Po zakończeniu wojny wiele osób nawiązało kontakt ze swoimi rodzinami w Polsce. Zaczęły przychodzić coraz liczniejsze listy z kraju, dzieci otrzymywały wiadomości od swoich ojców z wojska W końcu I 946r. otrzymałam pierwszą wiadomość od swego brata z Anglii, który po wydostaniu się ze Związku Radzieckiego, gdzie przez pewien czas był w Fergania, w lotnictwie, a następnie przybył do Anglii. Po ukończeniu Podchorążówki służył w RAF-ie jako pilot.

W 1947 r. dostałam list od mego męża — pierwszy list po wojnie. A otrzymałam tę wiadomość dzięki kuzynowi, do którego napisałam do Warszawy. Miał on już kontakt z moim mężem. Pierwszą moją czynnością było wysłać paczkę do Polski, wiedzieliśmy bowiem wszyscy, że kraj jest zniszczony i ludzie potrzebują pomocy. Mąż mój był w Olsztynie, dokąd przyjechał jako repatriant z Wilna. Największe wrażenie list wywarł na dzieciach, które już od dawna oczekiwały wiadomości od swojego tatusia, toteż z tym listem w ręku biegały po całym obozie obwieszczając wszystkim radosną wiadomość. Ponieważ już umiały pisać i czytać swój pierwszy list w życiu napisały do tatusia. Przez męża dowiedziałam się gdzie są moi rodzice i siostra. Odtąd już często korespondowałam z nimi, wysyłając też paczki. List szedł do Polski ok. miesiąca, paczki nieco dłużej, ale dochodziły wszystkie. Gdy nadszedł rok 1948 liczebność dzieci w obozie zmalała. Dorośli również szukali pracy u Nowozelandczyków i opuszczali obóz. Inni nosili się z zamiarem powrotu do Polski. Uzgodniłam z mężem, że ja również rozpocznę starania o powrót do Kraju. Mając trochę zaoszczędzonych pieniędzy (za pracę w szkole otrzymywałam 25 funtów miesięcznie, a wyżywienie było bezpłatne) czyniłam przygotowania; kupowałam odzież, obuwie, konserwy Żywnościowe itp. Gdy tylko pozwolą na to stosunki polityczne i dyplomatyczne, powrócę do Ojczyzny.

Starsza moja córka miała już wówczas 10 lat, a młodsza 9. Były uczennicami klasy czwartej. Gdy nas wywożono z Polski starsza zaledwie skończyła 2 lata. a młodsza mała 10 miesięcy. Ile upłynęło czasu? Ile przeżyło się złego i dobrego? Któż to policzy? Kto spamięta wszystko?

Kliknij tutaj, aby przejść do części X

 

 


Komentarze

Zobacz (0)

Dodaj swój komentarz: