Pomóżmy Polakom powrócić do Ojczyzny
Repatrianci.pl
Pomóżmy Polakom powrócić do Ojczyzny
Repatrianci.pl

Moja Wojenna Tułaczka - Część X

Moja Wojenna Tułaczka

Część X - Droga powrotna do Polski

Powrót do części dziewiątej

 

Droga powrotna do Polski

Po pewnym czasie dostałam wizę do Polski i dnia 23 kwietnia 1948 roku, wraz z kilkunastoosobową grupą osób dorosłych i dzieci udałam się w podróż do kraju.
Pragnę tu zaznaczyć, że Nowa Zelandia ofiarowywała każdemu pobyt w swoim kraju na stałe, kto tylko pragnął tam pozostać. Po skończonej wojnie niektórzy ojcowie przyjechali do swoich dzieci decydując się na stały pobyt w Nowej Zelandii.

Droga powrotna do kraju była bardzo daleka i nie zupełnie jeszcze bezpieczna. Dużo min i łodzi podwodnych znajdowało się w morzach i oceanach. przez które trzeba było płynąć, ale wierzyłam, że skoro tyle niebezpieczeństw nas ominęło podczas wojny to przy Boskiej pomocy szczęśliwie dopłyniemy do Ojczyzny. Pasażerskim nowozelandzkim statkiem o morskiej nazwie „Rangitata" wypłynęliśmy z portu Auckland na Oceanie Spokojnym, skąd przez Kanał Panamski i Ocean Atlantycki dopłynęliśmy do Anglii.

W czasie tej podróży przeżyliśmy na Pacyfiku okropną burzę trwającą przeszło dobę. Statkiem rzucały fale, przelewały się przez burtę zalewając pokład. Wszyscy chorowaliśmy na morską chorobę. Ale mimo to mieliśmy wiele ciekawych wrażeń. Widzieliśmy dwa razy wyłaniającego się wieloryba, który wypuszczał fontannę wody wysoko w górę. W innym miejscu z fal morskich wynurzały się ławice delfinów skaczące w górę. W Kanale Panamskim bardzo ciekawie przeprowadzono nasz statek przez śluzy. W mieście Balboa widzieliśmy przebogate wystawy sklepowe pełne biżuterii i drogich kamieni, a także sklepy z tropikalnymi owocami, których niestety nie mogliśmy kupić z powodu braku odpowiedniej waluty.

Oczywiście podczas każdej podróży napotykaliśmy ludzi różnych ras: Hindusów, Japończyków, Murzynów i innych. Przepływając w pobliżu brzegów Ameryki Południowej z bliska obserwowaliśmy dosłownie „las szybów" wiertniczych ropy naftowej na wyspie Curacao. Po raz drugi przekraczaliśmy równik. Towarzyszyły nam niespokojne prądy morskie i odczuwaliśmy zmiany stref klimatycznych. Niespokojnie było koło Wysp Azorskich i na Morzu Północnym. Dzieci dużo zobaczyły świata i dużo skorzystały. Były mimo przebytego głodu i przebytych chorób normalnie rozwinięte fizycznie i umysłowo.

W Londynie miałyśmy przemiłą niespodziankę — spotkanie z moim bratem i jego żoną, Angielką. Spędziliśmy razem cały dzień zwiedzając różne ciekawostki tego olbrzymiego miasta.

Polskim statkiem pasażerskim „Batorym" przybyliśmy do Gdyni dnia 1 czerwca 1948 roku. W Oliwie zwiedziliśmy piękną Katedrę uczestnicząc w wieczornym nabożeństwie, aby podziękować Bogu za szczęśliwy powrót do Polski.

 

W Gdyni oczekiwał mnie mój mąż, a na dzieci ich tatuś. Ile było radości z tego spotkania — komentarz zbyteczny. Wieczornym pociągiem z Gdyni pojechaliśmy do Olsztyna, gdzie czekało na nas przygotowane mieszkanie. Skończyła się nasza ośmioletnia wojenna tułaczka. Na tym pragnę już zakończyć ten opis. W tym momencie przypomniałam sobie pierwszą polską piosenkę, której nauczyłam swoich chłopców w Teheranie:

I Polska ziemia to nasz kraj,
Daj jej Boże szczęście daj.
Dla niej i dla Ciebie ptaków śpiew na niebie
dzwoni wiosną cudny maj.
II Na tej ziemi będziem żyć,
Braci kochać, wrogów bić,
Na tej ziemi Boże, gdy ugasisz zorze,
Snem spokojnym daj nam śnić.

 

 

Gdańsk, 20 marca 1989 r.
Helena Wenckiewicz.

 

 

KONIEC

 


Komentarze

Zobacz (1)

Dodaj swój komentarz:

~ Krystyna Michałowska
2020-02-19 12:39
Czytałam wszystkie części z nieukrywanym zaciekawieniem - ileż to Ci ludzie musieli przejść kłopotów aby być znowu w kraju z którego zostali wypędzeni - z nieukrywanym smutkiem szkoda że nie ma dalszych części jak potoczyło się życie tych ludzi w „Nowej Polsce”